Instagram

Styl życia

Z korporacji do blogowania – jak wyglądała moja droga do wymarzonej pracy?

Czerwiec 15, 2018

Jeszcze trzy lata temu moja rzeczywistość zawodowa wyglądała zupełnie inaczej. Ten blog nie istniał, a ja byłam sfrustrowanym pracownikiem jednej z warszawskich korporacji.  Doskonale pamiętam to przygnębiające uczucie, że codziennie robię coś, co nie sprawia mi radości. To uczucie, że się nie rozwijam, że nie wykorzystuję swojego potencjału, że zawodowo stoję w miejscu. Nie lubiłam swojego miejsca pracy i jechałam do niego jak na stracenie. Czułam, że życie w ciągu tych ośmiu godzin spędzonych na pracy przecieka mi przez palce. Chciałam coś zmienić, ale nie wiedziałam jak. Chciałam realizować te wzniosłe rady o tym, żeby robić to, co się kocha, ale nie miałam pomysłu, jak mam to zrobić. Znalezienie w sobie siły do zmian to był kluczowy moment, który zaprowadził mnie w miejsce, w którym jestem dzisiaj. Czy było łatwo? Zapewniam Was, że moja droga do wymarzonej pracy wcale nie była taka prosta, jak mogłoby się wydawać. I właśnie o tym chciałabym dziś napisać na blogu – zapraszam!

 

Trudności, porażki i droga pod górę

Na początku mojej drogi do zostania profesjonalną blogerką nie brakowało porażek, ale nie zniechęcały mnie one do działania i tworzenia. Co więcej, jeszcze przed założeniem tego bloga wiele razy na mojej blogowej ścieżce pojawiały się pewnego rodzaju „znaki”, które wskazywały na to, że nigdy nie będę profesjonalną i spełnioną blogerką. Bo przecież jeśli niemal nikt nie czytał moich poprzednich blogów, to dlaczego tym razem miało się udać?

Blogi, których nikt nie czytał…

Kiedy wiele lat temu zaczynałam blogowanie, to wiedziałam doskonale o tym, że dobry blog to taki, który wynika z pasji. Jednym z moich ulubionych zajęć było wtedy chodzenie do kina, więc założyłam bloga o filmach. Niestety okazało się, że mimo, że kocham oglądać filmy i seriale, to pisanie o takiej tematyce nie sprawia mi radości i wręcz męczy. Blog szybko przestał istnieć, a ja wpadłam na kolejny „wspaniały” pomysł i postanowiłam otworzyć bloga lifestylowego. W tamtym czasie takie blogi były bardzo popularne, więc stwierdziłam, że to świetne posunięcie. Wykupiłam domenę ze swoim imieniem i nazwiskiem i przez niemal rok byłam „dumną” posiadaczką „profesjonalnego” bloga agatapuk.com – bloga, którego nikt nie czytał.

Pisałam wtedy o wszystkim – na blogu poruszałam tematy damsko-męskie, kulinarne, kulturalne. Miałam też fanpage na Facebooku, ale kiedy po roku od założenia bloga uzbierałam tam nieco ponad 100 fanów (głównie znajomych i rodzinę), to musiałam przyznać, że coś idzie nie tak. Pisałam coraz rzadziej, bo kiedy nikt nie czyta twoich wpisów, to motywacja do pisania spada do zera. Kiedy dostałam informację o tym, że zbliża się koniec okresu rozliczeniowego mojej domeny, to podjęłam decyzję o tym, że nie będę jej przedłużać na kolejny rok, bo nie miało to sensu.

I wiecie co? Po porażce moich dwóch blogów mogłam powiedzieć sobie, że blogowanie nie jest dla mnie. Mogłam uznać, że próbowałam, ale się nie udało. Mogłam mieć czyste sumienie i zająć się szukaniem swojej drogi gdzie indziej. I w zasadzie przez pewnien czas tak myślałam. Zamknęłam kolejnego bloga i z moich marzeń o karierze profesjonalnej blogerki nie zostało nic. Dalej chodziłam do swojej pracy w korporacji, czasem wysyłałam jakieś CV, bo chciałam mieć nową, ciekawszą pracę, ale nic z tego nie wychodziło. To był czas kiedy miałam nadzieję, że może wystarczy zmienić pracę i to sprawi, że zapragnę wspinać się po szczeblach korporacyjnej drabiny.

Jednak gdzieś w środku czułam, że praca na etacie w korporacji nie jest dla mnie i ta myśl nie dawała mi spokoju. Jeśli chcesz – znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz – znajdziesz powód. To powiedzenie idealnie pasowało wtedy do mojej sytuacji, bo mimo porażki związanej z blogowaniem, gdzieś w głębi serca była jeszcze we mnie nadzieja na to, że spełni się moje marzenie o pracy marzeń i że blogowanie stanie się moją zawodową drogą.

Początek – czy w ogóle jest sens zakładać bloga?

Gdyby trzy lata temu, przed założeniem tego bloga, ktoś powiedział mi: „Daj sobie spokój, blogów jest już za dużo, żeby zakładać kolejny”, to na szczęście nie uwierzyłabym mu. Ufałam tym twórcom, którzy mówili, że wartościowa treść zawsze znajdzie odbiorcę. Uwierzyłam w siebie i w swoje umiejętności i mimo, że to banalne, to właśnie to było kluczem do sukcesu. Wiedziałam, że uwielbiam blogować, ale miałam też świadomość tego, że moje dwa poprzednie blogi nie wypaliły. Mimo wszystko stwierdziłam, że chcę spróbować jeszcze raz. Postanowiłam coś zmienić, ułożyć sobie plan działania i zacząć robić to, co naprawdę lubię. Postanowiłam zawalczyć o swoje marzenia i uwierzyć, że uda mi się z prowadzić bloga na takim poziomie, który zapewni mi rozwój osobisty i zawodowy.

Pewnego czerwcowego wieczoru 2015 roku, nie pamiętając o poprzednich porażkach (a raczej nie zwracając na nie uwagi) wpadłam zatem na szalony pomysł i stwierdziłam, że czas założyć nowego bloga! I stało się – kupiłam domenę agataberry.pl i dałam sobie kolejną szansę. Narodziło się to miejsce, czyli blog agataberry.pl. Tym razem postanowiłam zawęzić tematykę do zdrowia, bo nagle zdałam sobie sprawę z tego, że ten temat zawsze mnie interesował. Po studiach pracowałam przecież jako dziennikarz w branży medycznej, a w wolnym czasie śledziłam informacje z zakresu zdrowia i odżywiania. Uwielbiałam zdrowe posiłki, na zakupach uważnie analizowałam produkty i szukałam odżywczych nowości.

Kiedy odkryłam w sobie pasję do pisania na temat zdrowia, to w końcu wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku. Krok po kroku, przez kolejne lata realizowałam swój plan, bo wiedziałam, że to co robię na blogu ma sens. W zakładce bloga od samego początku umieściłam zdanie o tym, że „Wierzę, że ten blog może inspirować Was do zdrowych wyborów” i naprawdę w to wierzyłam i wierzę nadal.

Oszczędności, których nie było…

Kiedy założyłam bloga agataberry.pl to nadal pracowałam na pełen etat w korporacji i dopiero po godzinach pracy zasiadałam do pisania tekstów. Wiedziałam jednak, że mam zbyt mało czasu na pisanie, że muszę więcej energii zainwestować w bloga, postawić wszystko na jedną kartę i wierzyć w to, że uda mi się zostać profesjonalną blogerką, dla której blog to miejsce pracy. Zaczęłam przygotowywać się do tego momentu, głównie pod kątem finansowym. Oszczędzałam, bo miałam świadomość tego, że nawet kiedy zajmę się blogiem na poważnie, to nie od razu będzie on na siebie zarabiał. I kiedy tak na spokojnie pisałam bloga po godzinach pracy na etacie i gromadziłam oszczędności, to po trzech miesiącach pisania bloga i etatu okazało się, że moja umowa na etat nie zostanie przedłużona.  A to oznaczało, że zostaję bez pracy i dochodów mimo, że nie mam wystarczająco dużej poduszki bezpieczeństwa finansowego.

Wiedziałam, że kiedy moje oszczędności stopnieją, to mogę popaść w długi. W tym czasie miałam do wyboru dwie opcje – szukanie nowej pracy i dalsze budowanie oszczędności lub zainwestowanie całej swojej energii w pracę nad blogiem, o którym wiedziałam, że nie przyniesie mi dochodu przez długi czas. Postawiłam wszystko na jedną kartę, na sto procent zajęłam się blogiem i po kilku miesiącach… wpadłam w długi.

Uwierzyłam jednak w to, że inwestycja mojego czasu w bloga to najlepszy wybór i miałam rację! Blog zyskiwał stałych czytelników, moje wpisy były chętnie czytane i to dawało mi energię do działania. To było dla mnie tak wspaniałe i nowe doświadczenie, że fakt, że przez wiele miesięcy nie miałam płynności finansowej schodził wtedy na drugi plan. Miałam dobre przeczucia i wierzyłam w to, że prędzej czy póżniej blog zyska dużą popularność, a co za tym idzie – licznych partnerów do współpracy. Moje długi nie spędzały mi snu z powiek, bo wiedziałam, że za jakiś czas szybko je spłacę. Brak bezpieczeństwa finansowego to czas, który trwał wiele miesięcy i nie był przyjemny, ale wiedziałam, że jest to cena, jaką muszę zapłacić, aby osiągnąć swój cel. 

Ludzie, którzy nie wierzyli w mój sukces…

Kiedy blog zaczął być chętnie czytany przez tysiące czytelników, a ja uwierzyłam w siebie i swój potencjał, to pojawiła się myśl o spełnieniu wielkiego marzenia i założeniu własnej działalności gospodarczej. Aby ułatwić sobie start postanowiłam ubiegać się o dofinansowanie z urzędu pracy. Ilość formalności związanych z otrzymaniem dofinansowania mnie przytłaczała, ale dałam radę i skompletowałam wszystkie niezbędne dokumenty. Złożyłam wniosek i czekałam na decyzję o przyznaniu środków. Niestety mimo tego, że mój blog po niecałym roku od otwarcia zyskał dużą popularność, to urzędnicy nie zobaczyli w nim potencjału biznesowego i odrzucili mój wniosek.

To był dla mnie cios, bo bardzo liczyłam na to, że za otrzymane środki uda mi się kupić lepszy sprzęt, aby moje blogowanie wskoczyło na nowy poziom. W tym czasie wszystkie zdjęcia na bloga wykonywałam moim smartfonem i wiedziałam, że jeśli nie otrzymam dofinansowania, to niestety nie kupię lepszego sprzętu. Jednak te doświadczenia również mnie nie zniechęciły i stwierdziłam, że mimo tego, że urząd pracy we mnie nie uwierzył, to założę działalność i będę blogerką! Moja firma wystartowała dokładnie w rok po założeniu bloga – 1 lipca 2016 roku. I mimo, że na początku zlecenia pojawiały się sporadycznie, to miałam wielką nadzieję na to, że z czasem będzie ich przybywać i tak właśnie się stało.

Pamiętam też doskonale, że dochodziły mnie wtedy głosy od innych blogerów sugerujące, że na blogu o zdrowiu nie da się zarabiać. Argumenty,  jakie wtedy się pojawiały mówiły o tym, że zarabiają tylko blogi lifestylowe, które reklamują słodycze, niezdrowe napoje czy alkohol. I chociaż regularnie odrzucałam takie oferty współpracy mimo, że nie było innych, to byłam pewna, że jest wokół wiele marek, które cenię i które świetnie pasują do mojego bloga. Okazało się, że miałam rację i po pewnym czasie na mojego maila zaczęło napływać mnóstwo ciekawych i co najważniejsze – pasujących do bloga ofert współpracy. Dziś, po dwóch latach prowadzenia działalności gospodarczej, patrzę na zrealizowane projekty i z każdego z nich jestem dumna.

Tajemnica kobiecego piękna i siły

Spełnianie marzeń to niezwykle ważna część mojego życia. Dziś wiem, że założenie bloga o zdrowiu to była najlepsza decyzja dotycząca mojej zawodowej przyszłości, jaką mogłam podjąć. Pracuję na własnych warunkach, wykonuję zawód, który sprawia mi ogrom radości i pozwala na nieustanny rozwój. Z pełnym przekonaniem mogę przyznać, że z wypalonego pracownika korporacji stałam się osobą, która w końcu robi to, o czym marzyła.

Temat zadowolenia z życia poruszył ostatnio na swoich łamach Twój Styl. W magazynie możecie przeczytać raport, którego partnerem jest marka Dermika. Okazuje się, że niemal 80 proc. badanych deklaruje zadowolenie ze swojego życia. Prawie tyle samo uczestniczek badania (77 proc.) czuje się silnymi kobietami. Te wyniki są bardzo optymistyczne, a historie kobiet zamieszczone w najnowszym Twoim Stylu motywują do działania i pokazują piękno kobiecej siły. Bo przecież piękno to nie tylko idealne proporcje ciała, ale także zadowolenie ze swojego życia.

Konkurs!!!

Już teraz możecie wziąć udział w konkursie organizowanym przez markę Dermika i wspieranym przez magazyn Twój Styl. Wystarczy kupić dowolny produkt marki Dermika, zachować paragon, a na stronie www.kobiecahistoria.pl opisać swoją historię o tym, jak poczułyście się silne i piękne. Do wygrania jest wspaniała nagroda – sesja z Lidią Popiel, która zostanie opublikowana w Twoim Stylu!

Link do strony z konkursem znajdziecie tutaj:

www.kobiecahistoria.pl

 

Partnerem wpisu jest Dermika.